Film wyjatkowy, w tym sensie, ze cos zostawia, jakas madrosc. Potem wszystko ci sie z nim kojarzy. Wychodze z kina, ide Florianska (mowimy o Krakowie), dochodze do muru, na ktorym tradycyjnie rozwieszone obrazy na sprzedaz. Zbiera sie na ulewe, zrywa sie wiatr. Za soba slysze strzep rozmowy dwoch chlopaczkow: "Chcialbym, wiesz, zeby co sie stalo? Zeby te obrazy tak wypierdolilo!!!" (Cytuje doslownie). Faktycznie jeden obraz spada."O tak! Ha!" Ten typ umyslowosci chwyta ten film. A glebiej jeszcze--pewien typ kultury (post-komunizm), a juz calkiem gleboko--kondycje naszego swiata (post-modernizm). O ile "Dzien swira" byl tylko polski a co najwyzej post-komunistyczny, ten film jest co najmniej europejski. Bo podobnych ludzi spotkasz w Londynie, Brukseli i Barcelonie. Mi daje przede wszystkim jeden najbardziej ulubiony w kinie efekt: dystans do swiata i walki o status. Pokazuje marionetkowosc doprowadzona do granic ostatecznych.









