Film zaczyna sie od "wielkiego bum". W wypadku samochodowym ginie matka w wyniku niefortunnej zabawy corek. Aby po tragedii powrocic do normalnego zycia, Joe (Colin Firth) postanawia wraz z corkami wyjechac do zalanej sloncem Genui. Mogloby sie wydawac, ze decyzja o zmianie miejsca, i to na tak urokliwe, jak Genua, zalatwi sprawe. Nic bardziej mylnego. I jezeli ktos nastawil sie na sympatyczne, wakacyjne kino, to bardziej pomylic sie nie mogl. Co prawda, jest tu i plaza sloncem zalana, labirynt charakterystycznych dla Genui uliczek, moc zabytkow, a nawet przedsmak romansu, ale poza tym niewiele ma to wspolnego z letnia kanikula. Dramat rodzinny wisi w powietrzu. Dramat swietnie przedstawiony i zagrany. Bez niepotrzebnego epatowania widza. Dokladnie tak, jak to zazwyczaj odbywa sie w zyciu. Nie ma wiec tu fajerwerkow i dla zadnego sensacji widza, nuda bedzie wialo. Ale film do nudnych nie nalezy. To dobrze opowiedziana rodzinna historia ze sloneczna Genua w tle. Szczegolne brawa dla Haney-Jardine, ktora zagrala kilkuletnia Mery. Jest nieprawdopodobnie wiarygodna! Chyle czola! Niejedna dojrzala aktorka moglaby sie od niej uczyc. Polecam dla wybranych.









