Chanel - slowo to wywoluje w nas jednoznaczne skojarzenia - ponadczasowa „mala czarna”, zwoje sztucznej bizuterii, legendarny zapachem Chanel No.5. Ale tez posmak skandalu, prowokacji, nieustannej walki z tradycyjnym meskim porzadkiem swiata, a przede wszystkim z rewolucja w modzie. Tego w filmie nie zobaczymy. Bowiem nie jest to film o modzie. Nie przedstawia tez calej historii zycia ikony swiata mody. Rezyser skupila się jedynie na jego fragmencie, na tym, co było przed osiagnieciem slawy i co do niej doprowadzilo. W rezultacie sprowadza opowiesc o Coco do dwoch jej milosnych relacji – z ekscentrycznym, prostackim milionerem Balsanem (to chyba najciekawsza rola) i „Boyem” Capelem, jej jedyna prawdziwa miloscia. Gdzies w tle przemazuja sie modele kapeluszy, zgrzebne pozbawione gorsetow i ozdob sukienki. Czasem Coco przycina dol spodnicy, czasem trzyma w ustach szpilki (czesciej papierosa), czasem upina kapelusze. Ale to jedyne oznaki jej odziezowej pasji. W podobny sposob został potraktowany jej związek z Capelem. Powierzchownie, ograniczajac go tylko do wspolnego bywania na imprezach socjety.
Obrazu nie broni tez odtworczyni roli tytulowej Audrey Tautou. Mimo, ze bardzo się stara, wciąż na ekranie widzimy pelna uroku, ciepla Amelie Poulain, a to nijak się ma do powsciagliwej i kostycznej Coco.
Zaleta filmu są przepiekne krajobrazy Compiegne, ale tez i zatrzymany w kadrze swiat ludzi bogatych tamtego czasu. Ale to chyba za malo, jak na opowiesc o charyzmatycznej rewolucjonistce w swiecie mody. Widz wychodzac z kina ma co najmniej poczucie absolutnego niedosytu.