Aleksander Fredro powiedział: "Nie pchaj rzeki, sama płynie".
Jak chciałbym wrzasnąć: "Nie poprawiajcie Fredry, sam się obroni."
Rozmawiając o "Ślubach panieńskich" Anno Domini 2010 od Filipa Bajona nawet trudno się rozważa to, co nie zagrało, co poszło nie tak, w czym szkopuł, że gdzieś tak w połowie projekcji miałem dosyć, najzwyczajniej w świecie zacząłem się nudzić, a tego wybaczyć nie mogę. Mógłbym zrzucić nieco winy na kino. Cóż, człowiek przyzwyczaił się do kinpleksowego luksusu, więc wizyta w cieszyńskim "Piaście" przypomniała mi jak kiedyś wyglądały kina "Apollo", "Rialto" i "Złote Łany" w Bielsku-Białej - mało wygodne fotele, mały ekran i katastrofalny dźwięk.
Wszystko jestem jednak w stanie znieść jeśli tylko repertuar nie zawodzi, a tu porażka na całej linii. Reklamowy slogan "komedia wszech czasów" nie dość, że brzmi buńczucznie, to w dodatku okazuje się wierutnym kłamstwem - to rzecz niesłychana, źle bawić się "na Fredrze", to jak powiedzieć o Penelope Cruz, brzydula (tak przy okazji - moja komedia wszech czasów to "Skąpiec" Moliera). Rozumiem, że miało być oryginalnie, jednakże pomysł, ze scenami, w których aktorzy są sobą (przyczepy w tle) widzieliśmy już w "Tataraku" Wajdy, a i "fura i komóra" są tak nieznośnie niepasujące do całości, że argumenty o przekraczaniu barier (w rożnych obszarach) nie przekonują mnie wcale.
Jak miało być "trendy" trzeba było zmienić język, dodać kilka sprośnych tekstów o "laskach" i "ziomach", jak miało być oryginalniej, inaczej, to trzeba było zrezygnować i z tradycyjnego języka i scenografii, pójść drogą, którą podążył Baz Luhrman adaptując "Romea i Julię" Williama Szekspira. A tak wyszło, jak można w kinie zobaczyć, zdecydowanie źle.
Nie można nie porównywać "Ślubów" do "Zemsty" Wajdy, który pozostał przy klasycznym formacie i jakkolwiek uważam, że co teatr to teatr, to udało mu się opowiedzieć wszystkim znaną historię, gdzie ryzyko potknięcia było znakomicie większe, w sposób zabawny, dynamiczny i zgodnie z duchem Fredry, pouczający.
Zapewne ocena filmu Bajona była by lepsza, gdyby niewiarygodnie niski poziom zaprezentowanego aktorstwa, co takim "gigantom" sceny jak Szyc, Żmuda-Trzebiatowska, Stuhr, Cieślak, czy Więckiewicz, nie powinno się przytrafić, a że co poniektórzy z nich potrafią stworzyć wybitne kreacje, wiadomo nie od dziś. To co tu jest gwoździem do trumny, u Wajdy wyniosło jego "Zemstę" na wyższy artystycznie poziom, postaci tam są tak przekonujący, jakby Gajos urodził się Cześnikiem, Seweryn Milczkiem, a Polański, tym biednym Papkinem, a i młodziutkiej jeszcze doświadczeniem Agacie "Klarze" Buzek nic nie można zarzucić.
Cel "Ślubów panieńskich" jest prosty, bo jedynie komercyjny: zaciągnąć widza do kina obiecując romantyczną komedię, poziomem nie przewyższająca hollywoodzkich bzdur.
Temu mają służyć te fajerwerki w czołówce, chodliwe nazwiska w obsadzie, modnie zmiksowana muzyka, jednakże oczekiwanej satysfakcji brak. Nie chcę już nawet wspominać o dyrdymałach o "magnetyzmie serca" ,które reżyser opowiada w wywiadach.
Co więcej mi pozostało? Jedynie dalej krzyczeć: "Hej! Gerwazy! daj gwintówkę! Niechaj strącę tę makówkę!"
No i przestrzec!