
- guy maddin
- biała wstążka
- francois ozon
- era nowe horyzonty
- michael haneke
- piętno na umyśle!
- ricky
- 9. enh
9. ENH: Klasycznie na początek
Toksyczne rodziny w czerni i bieli u Maddina ("Piętno na umyśle!") i Hanekego ("Biała wstążka")
Największe problemy widza wrocławskiego festiwalu są takie same od lat: co wybrać z programu? I kiedy się wyspać, jeśli jest tyle rzeczy do obejrzenia?
Kinowe misterium
Pierwszy tegoroczny film festiwalowy postawił wysoko poprzeczkę. "Biała wstążka " Michaela Hanekego hipnotyzuje, napawa niepokojem i nie daje o sobie zapomnieć na długo po seansie. Film będzie wyświetlany w całej Polsce, a jednak fantastycznie jest oglądać dzieło tego kalibru wśród festiwalowej publiczności - ta na uroczystym otwarciu, choć trochę rozprężona przez wcześniejsze oficjalne przemowy, zamiera, gdy tylko rozpoczynają się napisy. Jesteśmy w multipleksie, lecz i tak wyraźnie można odczuć: zaczyna się kinowe misterium.
Haneke swój obraz jak zwykle skonstruował z niebywałą precyzją, wymagającej od widza koncentracji czy nawet obejrzenia filmu kilka razy. Bowiem fabularna prostota "Białej wstążki " szybko okazuje się pozorna.
Historia zaczyna się od tajemniczego wypadku lekarza. Potem bliżej poznajemy wioskę, w której życie od lat płynie utartym torem, a role są ściśle określone: chłop, baron, pastor, lekarz, nauczyciel. Narratorem filmu jest ten ostatni - miał 30 lat w czasie opisywanych wydarzeń, lecz w trakcie snucia opowieści, jak się możemy domyślać po jego zmienionym głosie, jest już starcem. To on będzie dążył do rozwiązania zagadki: kto dopuszcza się wybryków niszczących spokój społeczności?
"Biała wstążka" w pierwszej chwili wydaje się filmem bardzo klasycznym. Czarno-białe, trochę bergmanowskie kadry, literacki narrator, "kryminalna" intryga i scenografia wioski z początku XX wieku łatwo mogą nas zmylić. Doprowadzić do wniosku, że przenieśliśmy się w świat uporządkowany, gdzie rządzą niepodważalne autorytety, a naruszenia norm zostaną ukarane. I my - jako widzowie - też możemy się czuć bezpiecznie. Ale Haneke chyba nie byłby sobą, gdyby nie bawił się naszymi odbiorczymi przyzwyczajeniami.

Wiele dzieje się w "Białej wstążce" poza kadrem, szczególnie w przyszłości. Sami bohaterowie nie mówią o niej zbyt wiele, lecz nam wystarczy parę informacji rzuconych niby na marginesie opowieści, by bardzo dużo móc sobie wyobrazić. Na przykład to, kim urocze blond-dziecięta z 1913 roku stały się 20 lat później. Lub czemu nauczyciel-poczciwina, ich wychowawca, przywołuje dawne wydarzenia. Biała wstążka dobitnie pokazuje, co ukształtowało przedwojenne niemieckie pokolenie. Jak tradycyjna społeczność rozpadała się od środka i jak wątła była jej fasada.
Haneke, korzystając głównie ze sprawdzonych środków filmowych, stworzył nowatorską i przebogatą znaczeniowo opowieść.
Filmowe dziwactwo
Odwrotny jest przypadek "Ricky'ego " Francoisa Ozona. Reżyser rozczarowuje, ponieważ chyba za bardzo starał się zaskoczyć widzów, pokazać im coś, czego jeszcze nie widzieli. Podobnie jak w równie słabym "Angel" wychodzi poza granice gatunków, bawi się konwencją, lecz bez odpowiedzi pozostawiając pytanie: po co to wszystko?
Choć pomysł na "Ricky'ego " był ciekawy: połączyć dwa zupełnie odmienne i - wydawałoby się - nieprzystające do siebie style. W nowym filmie Francuza poznajemy Katie samotnie wychowującą córkę Lisę. Ponure paryskie przedmieścia, monotonna praca w fabryce, przypadkowy romans, kolejne dziecko - w tę tkankę z dramatu społecznego nagle wdziera się element absurdu: niemowlakowi zaczynają wyrastać...skrzydła. Oczywiście wynika z tego sporo momentów humorystycznych, lecz trudno powiedzieć, czy zostały one zamierzone przez autora. Jedynie bardzo dobre kobiece role pierwszoplanowe windują film o poziom wyżej. W sumie "Ricky" to niegroźne filmowe dziwactwo, z którego jednak dla widza nie wynika żaden pożytek. Przesłanie okazuje się banalne i niewarte stylistycznej akrobatyki, jaką wyprawia Ozon.
Dobry przykład na to, że nowatorstwo w kinie nie oznacza udziwniania na siłę.
Wysysanie "nektaru" z mózgu
Nie jeden Haneke potrafi wykorzystać siłę klasycznych środków filmowych, by to, co stare zamienić w nowe. Pod tym względem podobna jest strategia (choć jak inne to kino!) Guya Maddina - tegoroczna retrospektywa daje rzadką okazję poznania bliżej twórczości Kanadyjczyka.
Zupełnie wyjątkowe wydarzenie w ramach przeglądu filmów Maddina odbyło się w piątek w Operze Wrocławskiej, gdzie pokazano "Piętno na umyśle!" nie tylko z muzyką, ale i narracją oraz dźwiękami do filmu na żywo. Choć dość trudno oderwać wzrok od onirycznych obrazów z dzikiej wyobraźni reżysera, chwilami warto było przyjrzeć się pracy artystów imitujących filmowe odgłosy. Ubrani w białe kitle i wyposażeni w bogaty zestaw instrumentów - od wanny, przez nożyczki, do gumowej kaczuszki - dodawali jeszcze więcej grozy przedstawionemu światu. A zadania nie mieli łatwego: musieli oddać tak różne odgłosy jak skrzypienie drzwi, wysysanie "nektaru" z mózgu czy głosy płynące z aerofonu - wynalazku filmowego ojca Guya... Dodatkowo, dopiero pod koniec do dźwiękowego trójkąta (orkiestra-imitatorzy dźwięków-narratorka) dołączył wysoki, kobiecy głos śpiewaka - przekraczającego granice płci tak samo jak czynili to na ekranie bohaterowie "Piętna..."
Niesłychany przykład, jak można wzbogacić standardową relację film-muzyka na żywo. Maddin nie tylko w warstwie dźwiękowej, ale również wizualnej chyba jak nikt inny potrafi odświeżyć i odwrócić schematy stosowane jeszcze w filmie niemym. W "Piętnie..." aktorki grają głównie wyrazistymi, niemal przesadnymi gestami kierując w stronę kamery wielkie oczy niczym w przedwojennych arcydziełach. Na planszach pojawiają się krótkie komunikaty - czasem konkretne, czasem bardziej poetyckie, lecz zawsze świetnie uzupełniające wizualną narrację. Czarno-białe, technicznie niedoskonałe kadry ginące w mrokach na skraju ekranu wyglądają jak gdybyśmy wciąż mieli początek minionego wieku. Lecz wszystko to jest szybko, po maddinowsku zmontowane, a wywrotowa treść nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z bardzo oryginalnym i nowoczesnym filmem.
Okazuje się, że nowe horyzonty kina czasem oznaczają powrót do kinowej tradycji, tylko odmienionej i odkrytej na nowo.
Malwina Grochowska
Wszystko o drugim dniu festiwalu Era Nowe Horyzonty















